Bechatkowe

Turnus DZSW

Autor: Fernix
Jako, że kolejny turnus DZSW ruszył "z kopyta", nasi drodzy czytelnicy dzielą się z nami różnymi ciekawymi historiami, które dzieją się w ich jednostkach. I tak w pewnej brygadzie, która ma wątpliwe "szczęście" w wyłapywaniu różnej maści Pokemonów wśród niedorobionych adeptów sztuki wojennej zdarzyła się pani, która jeszcze kilka miesięcy temu legitymowała się ukraińskim obywatelstwem. Nie byłoby nic w tym dziwnego, wszak to nie pierwszy obywatel tego kraju, który wystarczająco zasymilowany wstąpił do naszego wojska, jednak te kilka miesięcy temu jeszcze mieszkała na terytorium wspomnianego państwa, a z relacji zainteresowanych wynika, że język polski opanowała w stopniu "ledwo komunikatywnym". Ponadto mające z nią styczność osoby stwierdziły, że jest to persona "rozchwiana psychicznie przez doświadczenia z konfliktu" co zważywszy na fakt, że szkolenie odbywa się z wykorzystaniem ostrej amunicji, daje słuszne podstawy do obaw o bezpieczeństwo kadry i elewów.

I tu rodzi się kilka kwestii, nad którymi trzeba było się zastanowić. Pomijając już fakt, że obywatel innego państwa wstępuje do armii kraju, gdzie schronił się przed wojną, zamiast do wojska w swojej Ojczyźnie, które to cierpi na brak rekruta. W szczególności: czy SKW prowadzi jakąkolwiek weryfikację osób zgłaszających się do odbycia DZSW? Bo przekonaliśmy się, że WCRy (pomimo szumnych zapowiedzi odejścia od "brania kogokolwiek jak leci") nadal kontynuują politykę prowadzoną przez poprzednie kierownictwo MON. Nie jest to odosobniony przypadek, kiedy do służby zgłaszają się osoby, które jeszcze kilka miesięcy wcześniej mieszkały za naszą wschodnią granicą, w tym na terytorium nieprzychylnego nam Państwa (patrz: Białoruś). Rodzi się więc tu pytanie o to, czy naszą armią dalej dowodzi "generał Excel" oraz skuteczność systemu w zakresie procesu naboru kandydatów do służby.
Bechatka